królewskie dylematy

Gdy Król był mały, to chciał zostać pilotem. Ostatecznie może strażakiem, ale to już jednak nie to samo. Dorastając udawało mu się wyrywać z lekcji etykiety, strategii i języków obcych, żeby próbować żyć jak inni i zajmować czymś, co go interesowało. W krótkich chwilach wolności pisał wiersze, przerzucał siano w stajni, szarżował na pułki kawalerii państw ościennych, gasił pożary. Nie udało mu się nigdy niczego pilotować. Mówiono mu, że będzie królem, że to przywilej i ogromny obowiązek. Że jego trudna praca będzie ważna dla jego poddanych, że musi się dla nich poświęcić, bo jest przecież królem. Że ma misję, ważny powód, żeby żyć i pracować jak najlepiej. Więc przykładał się do wszelkich nauk, jakie mu udzielano. Wierzył, że wszystko, co robił miało głęboki sens. Z czasem ta wiara powoli przerodziła się przekonanie graniczące z pewnością. Do absolutnej pewności jednak nie dotarł jak dotąd. Rządził swoim Królestwem bardziej z przyzwyczajenia, rozumiejąc konieczność utrzymania władzy w silnym państwie. Utrzymywanie władzy w państwie słabym sensu nie miało najmniejszego, tu pewność miał niezachwianą. Ale czy władanie potężną armią chroniącą wydajną gospodarkę regulowaną przez sprawiedliwy system prawny i zapewnianie w ten sposób poddanym względnego dobrobytu faktycznie było absolutnie sensowne - tego do końca pewien nie był. Jak zwykle, historia okazywała się mądrą nauczycielką, pokazując skuteczne metody bogacenia się Królestwa i Król korzystał z niej chętnie. Nie był jednak w stanie odpędzić od siebie myśli, że niezależnie od swych sukcesów lub porażek na polu politycznym, ekonomicznym, militarnym, a nawet osobistym, wszyscy, absolutnie wszyscy jego poprzednicy leżeli w bogatych, kamiennych sarkofagach w równie dostojnych, co bezwolnych pozach. Nic już nie mogli, niezależnie od tego, jak się wcześniej starali. W mniej bogatych i mniej kamiennych miejscach leżeli też wszyscy przodkowie poddanych owych królów przeszłości. Nie pozostał ani jeden, niezależnie od tego, czy żyło mu się dobrze, czy nie. Ta myśl niepokoiła Króla co jakiś czas. Obawiał się, że i jego czeka los podobnie nieciekawy. Nie interesowało go szczególnie miejsce swego ostatniego spoczynku, gdyż słusznie rozumował, że niewiele będzie wówczas widział. Nurtowało go za to, jaki cel winien przyświecać mu, póki mógł sam wybierać miejsca i pory spoczynku. Rozumował, że jeśli śmierć czeka na niego niezależnie od dokonanych wspaniałości lub podłości, to czy naprawdę warto się wysilać. I nawet zakładając, że warto, to dlaczego. I jak. W młodości mówiono mu, że życie jakie zna nie jest jedynym, że po śmierci czeka go odmiana, coś nieporównanie lepszego. Lub gorszego, zależnie od przebiegu obecnego życia. Gdy dorósł, zauważył, że nieodmiennie przypominali mu o tym ludzie, którzy mieli powody oczekiwać poprawy swojego losu i nie mieli powodów oczekiwać, by taka odmiana miała miejsce za ich życia. Nie uwierzył im, choć czasem miewał taką ochotę. Rozumiał, że brak nadziei na odmianę nie może trwać wiecznie, że prowadzi do depresji jedynie, a do tego nie każdy chce doprowadzić. On nie szukał jednak żadnej poprawy, nie bardzo miał dokąd równać w górę. Pragnął jedynie odkryć sens i cel swoich działań. Lub odkryć, że takowy nie istnieje i móc z czystym sercem pomaszerować boso w stronę zachodzącego słońca. Nie znajdował tego sensu. Nie zdecydował także o jego nieistnieniu, dlatego wciąż co rano wkładał koronę i siłował się z berłem. Ale w środku, tam gdzie żadne słowa nie wystarczają by opisać to, co się dzieje, tam coś go nieustannie dusiło. Szamotał się widząc, że każda rzecz, którą robił, w końcu obracała się wniwecz, w proch. Nie był do tego przyzwyczajony, przed królem nie przystoi przecież okazywać takiego nieposłuszeństwa. Cicha rozpacz i poczucie beznadziei towarzyszyło mu przy każdym dekrecie, każdej egzekucji i ułaskawieniu. Skoro już król nic nie może, to któż może? A może wcale nie chodzi o to, żeby coś trwale ustanowić, ale żeby żyć tak, jak się samemu uważa za słuszne i wartościowe? W tym także nie widział większego sensu, za to wydawało się, że jest to jednak nieco przyjemniejszy sposób spędzenia czasu. Bardziej satysfakcjonujący. Nigdy nie żałował, że nie został pilotem. Błazen siedział tylko w kącie i podzwaniał znienawidzonymi dzwoneczkami nieświadom zmagań władcy. A może tylko nie chciał wiedzieć? Błazen nie może sobie pozwalać na tak ponure myśli.




hereandnow 2012-01-24 20:49:26
skomentuj (0)
różności

Nieźle mi idzie, jeden post rocznie, może nawet nie zamkną tego bloga...?

Coraz częściej dociera do mnie, że się starzeję. Nie żeby robiło mi to jakąś wielką różnicę, w końcu to nieuniknione, a ja średnio przejmuję się opiniami innych, ale zaczynam to przyznawać sam przed sobą - a samego siebie olać przecież nie wypada. Zawsze wydawało mi się, że jestem na bieżąco z wszelkimi internetowymi wynalazkami, że to nie one mnie są do czegoś potrzebne, ale że to ja mogę ewentualnie zrobić łaskę i skorzystać z jednego czy drugiego portalu, czy usługi. Otóż nie, te czasy minęły, teraz to ja, jeśli chcę być na czasie, muszę istnieć na facebooku, naszej klasie, czy innym gronie. W dodatku powinienem wykazać się zdolnościami proroczymi, żeby jednak nie ładować się w portale bez przyszłości, bo trzeba będzie się przenosić i połowa zabawy od początku. O ile kontakty z ludźmi czysto "internetowymi" (tzn. takimi, których w realu i tak nie spotkam) są w takiej formie absolutnie zrozumiałe i słuszne, o tyle przekładanie tego na znajomości i przyjaźni z codziennego życia - już nie. Tak, mam konto na FB i nie, nie korzystam z niego prawie. Poza chwilami, kiedy powiadamiacz mailowy zaczyna mnie wkurzać wysyłając po raz n-ty taką samą wiadomość, że oto mam ileś tam powiadomień, zaproszeń itd. Ale wchodzę tam, zaglądam na profile znajomych i nie poznaję. Niby nazwiska i zdjęcia się zgadzają, ale jakoś tak inaczej. Rozmowy inne niż w realu, zachowania jakby też, czuję się obco. Zaczynam się czuć wyobcowany tylko dlatego, że w tym nie uczestniczę. Nie mam czasu;) Ale tak chyba nie powinno być? Nie wiem, starzeję się chyba. Poza tym... Tak, napewno się starzeję. Nie rozumiem po prostu po jakiego grzyba mam coś "lubić" lub nie, zamiast to powiedzieć zainteresowanej osobie, czym różni się "tablica" od bloga i dlaczego nie można tego samego powiedzieć osobom zainteresowanym. Po prostu nie obczajam mechanizmów i sensu za nimi stojącego, nie mam tego nikomu zazłe, ale.. nie umiem sobie tego wytłumaczyć - dlaczego zwyczajne sposoby komunikacji są be i trzeba wymyślać coś innego. Co gorsza - nie widzę powodu zazwyczaj, żeby w ogóle chcieć to wszystko zrozumieć. Dlatego się chyba starzeję. Bo to samo kiedyś mówiono o internetowych forach, jak jeszcze trwał "złoty wiek" takiego sposobu wymiany myśli, który mi bardzo pasuje. Boję się tylko myśleć, co moje dzieci (póki co na razie znajdujące się w sferze planów;) ) zastaną w internecie. W ogóle jakoś trudno mi sobie wyobrazić dzieciństwo z komputerem - takie najwscześniejsze dzeiciństwo. Ja niby dość wcześnie zacząłem zabawę z komputerem, w wieku 12 lat, ale wtedy już jakieś minimum odruchów i pojęcia o świecie miałem i dowiadywałem się tego w tradycyjny sposób - od rodziny. Może nie jest to najsprawniejszy i najbardziej obiektywny sposób, ale na pewno bezpieczniejszy niż poszukiwania na własną (czy aby na pewno własną?) rękę. W perspektywie zostania kiedyś ojcem zaczyna mnie nurtować ten problem - jak nie stając się tyranem mądrze wykorzystać internet i w ogóle współczesną technikę, żeby nie wypaczyć psychiki dziecka, nie wychować osoby uzależnionej od mechanicznych protez. Bo internet, komputer, komórka - to przecież protezy. Trudno dziś bez nich żyć, to prawda, ale nie można przecież polegać tylko na nich. My mamy jeszcze ten komfort psychiczny, że kiedyś tego wszystkiego nie było i jakoś żyliśmy - jak chciałem z kumplem wyjść na podwórko, to dzwoniłem do niego domofonem (wcześniej drałowałem na piechotę), a nie ustawialiśmy się na FB, jak planowałem wycieczkę, to brałem papierową mapę i liczyłem kilometry, a nie wbijałem adresy w Google Maps (OK, to drugie to jak już miałem trochę więcej lat niż te 12). Ja to umiem, dla mnie internet to przede wszystkim komunikacja i baza wiedzy, nie jest sposobem na życie. Jestem ciekaw ile z dzisiejszych 12-to latkow odłączonych od sieci potrafi żyć normalnie, bez stresu że nie może czegoś sprawdzić. I jestem ciekaw jak bardzo będzie mnie moje dziecko nie lubić, kiedy będę probował nauczyć je żyć samodzielnie. Postęp wcale jednak nie prowadzi do społeczeństwa szczęśliwego. Raczej uzależnia to społeczeństwo od samego siebie. Ponoć to jest wyznacznik zaawansowania cywilizacyjnego - jak bardzo mogę robić swoje nie martwiąc się o to, czego potrzebuję, bo przecież wszystko inne zapewniają mi ludzie dookoła wzamian za moją pracę. Czasem mam wrażenie, że żyjemy w jakiejś ponurej powieści SF. I nie mogę powiedzieć, żeby spoglądał w przyszłość bez obaw i z wiarą w cokolwiek poza własnym rozumem. Z dawniejszych uniesień nad wizjami przyszłości pozostała mi tylko ciekawość - jak to będzie?



hereandnow 2011-10-23 01:54:07
skomentuj (2)
Back!


Ruszam się;)
Nie pisałem długo, to mało odkrywcze stwierdzenie, prawda? Ale uzasadnione. Jest bowiem taka Dama, która nieco ponad rok temu odpowiedziała "Tak!" na jedno zasadnicze pytanie i przyjęła pogięty kawałek metalu, żeby skrócić opowieści snute znajomym odnośnie tego, co się właściwie stało (poza tym to żelastwo znacznie lepiej wygląda na Jej palcu, niż gdziekolwiek indziej, więc była to poniekąd przysługa dla świata i jego globalnej estetyki). Więc od tego czasu wszsytkie koleżanki Damy owej wzdychały, ochały i achały na widok pogiętego żelastwa na palcu mej Lubej. A pół roku temu powiedziała znów "Tak!", tym razem przy świadkach i całej masie ludzi i tak oto od pół roku jesteśmy szczęśliwymi małżonkami, do których zadziwiająco pasuje kawałek Wolnej Grupy Bukowina (Jest już za późno, nie jest za późno):

"Jeszcze zdążymy tanio wynająć małą mansardę Z oknem na rzekę lub też na park, Z łożem szerokim, piecem wysokim, ściennym zegarem. Schodzić będziemy codziennie w świat. Jest już A późno! Nie jest za późno! Jest już za późno! Nie jest za późno! Jeszcze zdążymy naszą miłością siebie zachwycić, Siebie zachwycić i wszystko w krąg. Wojna to będzie straszna, bo czas nas będzie chciał zniszczyć, Lecz nam się uda zachwycić go."

Czas ma chyba rzeczywiście wobec nas jakieś niecne zamiary, bo wciąż się chowa, skubany, i nigdzie go nie ma. Dla mnie to niby norma, ale jakoś nie tak miało być..;) Przedślubny czas był masakrą - nie miałem pojęcia, że organizacja takiej imprezy jest tak skomplikowana i czasochłonna. A pomagało nam wielu znajomych, bez któych nie dalibyśmy rady...! No więc miałem nadzieję, że już "po ślubie" to będzie spokojniej, ale się srodze zawiodłem, bo mamy chyba jeszcze mniej czasu dla siebie niż wcześniej...;) Ale myślę, że będzie lepiej...;) Poza tym od pół roku mam nieprzerwane wakacje (nie licząc pracy, studiów, różnych drobnych obowiązków itp;) ) i wciąż nie mogę w to uwierzyć. Wszelkie moje wyobrażenia o małżeństwie poszły sobie daleko i dobrze zrobiły, bo w ogóle nie ma tu dla nich miejsca. Byliśmy w Szwecji i na Mazurach w ramach podróży - miało być odpoczynkowo, ale jakoś nie wyszło - musieliśmy się zmuszać nawzajem do odpoczywania;) Ale podróż niesamowita, polecam odwiedzić Szwecję:)
A poza tym? W zasadzie po staremu. Nie mam czasu;) Na fotki, pisanie, spacery... Ale co i rusz staram sie to zmieniać i walczyć z leniem w środku lub z poczuciem winy, ze znów czegoś nie zrobiłem. W zasadzie z obydwoma na raz. Bo nie chodzi o te fotki, tylko o to, żeby nie dać się zakuć w kierat. Kierat jest moze i wygodny, nie potrzeba myśleć, martwić się, wysilać ponad to, co absolutnie trzeba. I czasem daję się w to wkręcić, ale po miesiącu mam kaca i żal do świata i do siebie że głupie toto okrutnie. Tego też się pewnie trzeba nauczyć. Więc uczę się niemal jak przedszkolak coraz to nowych prawd objawionych - że trzeba po sobie posprzątać, że zakupy czasem można zrobić. No nie jest to wybitna nauka, ale od czegoś trzeba zacząć;) Powoli uczę się, że porządek nie jest aż tak groźny dla zdrowia. Opornie mi to idzie i trudno mi się przyzwyczaić do takiej myśli, ale pewnie zdążę w tym życiu jeszcze do tego przywyknąć. Na polubienie raczej nie liczę...;)
Nie obiecuję, że będę tu regularnie pisał, ale być może...:)

Do widzenia się z Szampaństwem:)



hereandnow 2010-12-16 10:43:03
skomentuj (5)
ignorance is bliss..

Zbieram szczękę z podłogi i powoli dochodzę do siebie. Ja myślałem, że w XXI wieku to ludzie jednak są mądrzejsi. Że może od średniowiecza przestali patrzeć na świat wokół siebie jak dzieci. Nie. Nic bardziej mylnego. Nie chodzi mi tylko o naszych rodaków, ale o ludzkość jako taką (ależ to patetycznie zabrzmiało...). Z jednej strony większość twierdzi, że w szkołach za dużo się uczy. Spoko, może i tak. A za chwilę słyszę, że znowu ktoś usiłuje argumentami naukowymi dyskutować z teologią i na odwrót. Jak dzieci! Przez tysiąclecia nie nauczyliśmy się, że ciało i duch to dwie różne rzeczy i nijak jedno nie potrafi zbadać drugiego. Poziom ignorancji jest tak powalający, ze nie wiadomo - śmiać się, czy płakać? Kiedyś przynajmniej było wiadomo - 99% ludzi było niewykształconych i generalnie nikt się z ich "naukowymi" opiniami nie liczył. A dzisiaj każdy ma magistra się się mądrzy. Pewnie że ma prawo, wolność jest w końcu! Ale mamy tak straszny szum informacyjny, że nie wiadomo już, co jest prawdą, a co czyimś rojeniem. Bo nie każdy musi przeca być szpeniem w każdej dziedzinie. I jak człowiek w TV ma plakietkę "Specjalista od plucia na odległość", to się mu wierzy jak o tym pluciu opowiada. I ta plakietka wystarcza, żeby mówił prawdę. Bo to CO mówi, to już inna bajka. A co mnie zirytowało? Ano trzy rzeczy.
Dyskusja "nauki" z "religią" pod filmem o nanotechnologii. Dyskusja tyleż jałowa, co, od strony "naukowców" prowadzona wybitnie nienaukowo. Jestem dziwnie spokojny, że po stronie ludzi w białych kitlach stawali głównie krzykacze z problemami z policzeniem do 20. Padły takie wzniołe stwierdzenia, ze nauka może doprowadzić do wolności, szczęścia i innych fajnych rzeczy. Jakoś w labie nie otrzymaliśmy jeszcze cząsteczek wolności. I wiecie co? Nie mamy nawet takiego zamiaru. To kolejna bajeczka dla grzecznych dzieci jest. Nauka nie podniosła poziomu szczęścia ani o jotę na prestrzeni wieków. Ani tego poziomu nie obniżyła. Bo to nie jest jej rola. I kiedy spytać dowolnego naukowca, co jego badania udowadniają przeciwko Bogu, to popatrzy tylko z politowaniem. Jak dzieci. Argh.
Drugie - jak łatwo zasiać panikę? Oj bardzo łatwo. Znowu nanotechnologia. Był taki cas, że pojawiły się doniesienia (jak się później okazało - fałszywe), że udało się otrzymać nano-tranzystor z cząsteczki organicznej. Taki tranzystor mógłby działać w procesorach nowej generacji, które byłyby kilka rzędów wielkości sprawniejsze od dzisiejszych. Powiedzmy, że na jakiejś powierzchni jest dzisiaj 10 takich tranzystorów, to tych nowych, organicznych, mogłoby być 100 000. Moce obliczeniowe liczylibyśmy w setkach tysięcy tysięcy GHz. Jak już napisałem - moglibyśmy, gdyby to doniesienie było prawdziwe. Ale nie o to chodzi. W międzyczasie trwały spekulacje co z takimi super kompami można zrobić. A co można zrobić z super małymi kompami? Ano wpuścić do organizmu, żeby leczyły. Idea spoko, dopóki nie unicestwi się w ten sposób układu immunologicznego, to wszystko gra jak dla mnie. Ale paru "mądrali" zauważyło rzecz wprost straszliwą - przeca te tranzystory to są organiczne! A jak organiczne, to napewno się będą mnożyć. No i wizja kataklizmu gotowa. A ja 5 dni w tygodniu mieszam różne organiczne smrody i jakoś jeszcze nie zauwazyłem, żeby jakaś pornografia mi się w zlewce zrobiła. Podobnie wszystkim chemikom organikom na świecie. Ot, wynik niedouczenia. Ale to była sprawa, która otarła się o brytyjską Koronę! Dzięki paru niedouczonym "specjalistom". Nie żyjemy w świecie, w którym nauka ma coś do powiedzenia. Wręcz przeciwnie. Sami tego nie chcemy.
Trzecie - z własnego podwórka - przyznaję się, sam padłem ofiarą, wielokrotnie. Chodzi o homeopatię. Że to szarlataneria i oszystwo, to ja wiedziałem od dawna. Za to dopiero od niedawna wiem, ze lek który wielokrotnie brałem to właśnie taki oszust. Oscillococcinum się zwie i jest dość popularne. Dopiero dzisiaj przeczytałem co oznaczają symbole przy dawce. 200K. Wiecie, jak się to robi? Bierzemy niewielką ilość substancji czynnej (wyciąg z serca i wątroby kaczki) - 0,01 ml. Mało, nie? Nie, normalnie by wystarczyło. Ale tę ilość rozcieńcza się 200 razy w stosunku 1:100. Tzn. jak na początku miałem 0,01ml, to po pierwszym rozcieńczeniu mam 0,0001ml, po drugim 0,000001ml itd. do 200. Wikipedia podaje, że masa substancji czynnej w dawce to 10 do -400 grama ( 400 zer po przecinku i dopiero jedynka). Dla ułatwienia dodam, że JEDEN ATOM wodoru waży 10 do -23 (23 zera po przecinku). W tym "leku" nie ma ani odrobiny "substancji czynnej". Nie ma prawa być. Nawet jeśli zjem tonę tego towaru, to wciąż nie dostanę nawet jednej CZĄSTECZKI "substancji czynnej". A jedna cząsteczka nic nie jest w stanie zrobić. Za to nabawię się cukrzycy:D Czemu mnie to wkurzyło? Bo robi z ludzi kretynów. Na ulotce jest napisane, żeby nie przedawkowywać (no, można utyć... od 1 g cukru), żeby konsultować z lekarzem, żeby.. no żeby traktować to jako prawdziwy lek! Granda. Producent zapytany o to, czy "lek" jest bezpieczny odpowiada: "Of course it is safe. There's nothing in it". Oto jak na pseudo nauce można zarobić. 1 gram "leku" kosztuje ok 2 zł, a składa się wyłącznie z cukru. Matura z matematyki nie jest taka głupia....


hereandnow 2009-11-13 22:43:50
skomentuj (4)
Let's dance, let's fight!


Wczoraj doszedłem do wniosku, którym chciałbym się podzielić. Otóż ponieważ straszne jest, jak czasem daję sobie wmówić coś, co jest wierutnym łgarstwem.

Że muszę,

że nie mogę,

że nie umiem,

że nie nadaję się,

że się nie uda,

że przegram,

że jestem za słaby,

że nie mam siły,

że jestem gorszy,

że...

Chwila, ale czemu niby? W 101 przypadkach na 100 przekonuję się,

że nie muszę,

że mogę,

że umiem,

że nadaję się,

że się może udać,

że mogę wygrać,

że jestem wystarczająco silny,

że nie jestem gorszy,

że...

I to nawet nie chodzi o przkonywanie się za każdym razem, tylko prostą wiedzę - co mogę, a czego fizycznie nie jestem w stanie. Pewnie dzisiaj nie wszedłbym na Everest. Jak i większość czytaczy moich szanownych;) Ale prawda jest taka, że i Himalaiści z wielkim doświadczeniem potrzebują tygodnia choćby na aklimatyzację. No i treningi kondycyjne przez większość roku, plus inne sprawy... Gdybym taki trening przeszedł, zaliczył aklimatyzację na 5-6 tysiącach metrów, to mógłbym na ten Everest się pewnie porwać. Pytanie tylko, czy jest mi to tak absolutnie do szczęścia konieczne...;)

Bo te wszystkie wielkgachne rzeczy robią ludzie tacy jak my. Jak Dosia, jak Anielica, jak ja, czy ktokolwiek inny. Przecież nikt nie rodzi się z plakietką "Himalaista".

To jest jakiś wybór na pewnym etapie życia. A potem odrzucenie możliwości, że "się nie uda napewno". Po prostu taka możliwość nie może istnieć. Chcę być himalaistą? No to będę. Za to nie będę pianistą, chirurgiem, akrobatą, czy motorniczym. Nie będę umiał w 3 sekundy postawić serwera, nie nauczę się kodeksu cywilnego na pamięć, nie będę umiał jeździć na motocyklu na jednym kole, nie będę umiał trafić z wiatrówki w orzecha laskowego ze 100 metrów.
No nie będę i już, bo nie mam na to czasu. Będę zdobywał najwyższe szczyty, będę widział wschód słońca, jak rozświetla skały pokryte wiecznym śniegiem, będę wisiał godzinami na linie, będę czuł smak zwycięstwa, będę sławił imię swojego kraju kolejnymi wejściami na najtrudniejsze ściany, będę szkolił następnych, pokażę podobnym mi pasjonatom czym są góry, czym walka z sobą, z naturą, czym zwycięstwo, a czym porażka. Będę himalaistą, bo nie boję się zrezygnować z bezpieczeństwa, z puszczania latawców z synem, podpisywania umów na ciężkie miliony, operacji na otwartym sercu, odbijania zakładników z rąk terrorystów...

Będę himalaistą!

Kurcze, ale ci antyterroryści to są goście, tacy prawdziwi faceci, z bronią na ostre, odważni, a ja..? Himalaista, niby 8000 m.n.p.m., ale... Może jednak to bez sensu, może trzeba być twardym gościem z AT, a nie ryzykować życie w górach? Może lepiej być odpowiedzialnym chirurgiem, ratować życie ludzkie, zszywać, łatać, leczyć... A może szefem korporacji - pomnażać pieniądze, dawać zatrudnienie, byc kimś. Może...

Kurcze, może ten himalaista to nie jest najlepszy pomysł... Przecież to jest niebezpieczne, męczące, a w ogóle, to czy ja się do tego nadaję? Nie... Chyba nie będę himalaistą. Będę antyterorystą. Będę walczył z bronią w ręku, oko w oko z wrogiem, na straży porządku świata, cywilizacji. Będę twardy, nieugięty i odważny. Nie pójdę w wysokie góry, nie będę kręcił reakcji chemicznych, nie odkryję leku na raka czy AIDS, nie będę jeździł z konwojami z pomocą humanitarną... Kurcze, ale czy to nie jest zbyt chłopięce? Może lepiej by było zostać politykiem, zawsze chciałem decydować o ważnych sprawach... Chociaż nie, pewnie by mnie wplątali w jakąś aferę. Może informatykiem? Ale ja nie umiem szybko liczyć, w ogóle słaby jestem z matmy, chociaż zawsze chciałem zrobić system, który zastąpiłby Windowsa. A może zostanę muzykiem? Ale muzycy mają ciężkie życie strasznie... Chociaż zawsze miałem talent do gitary..

Hmmm....

I tak mija życie. I nie zostanę ani himalaistą, ani AT, muzykiem, informatykiem, politykiem, czy innym chirurgiem. Zawsze będę się bał, że coś pójdzie nie tak. I nigdy nie sprawdzę, czy rzeczywiście tak by się stało. A nuż...
Bo himalaistami zostają ci, którzy odrzucą lęk przed tym, że mogliby robić coś innego, praktyczniejszego, odpowiedzialniejszego, społecznie pożytecznego. Lęk przed własną słabością. Bo póki czegoś nie spróbuję, to nie wiem, jak będzie naprawdę. Ja zaczynałem podstawówkę od dwój z ortografii i od tak koszmarnych wypracowań, że aż szkoda gadać. Zresztą nie znosiłem ani czytać, ani tym bardziej pisać. Powiedziałem kiedyś sobie, że nie nauczę się angielskiego, bo nie umiem. No i nie umiałem, bardzo to było skuteczne. Aż przyszedł moment, kiedy zdanie zmieniłem, bo w końcu zobaczyłem, że się da. Ale zmarnowałem w ten sposób z 10 lat. Nie chodzi o to, że chciałbym je odzyskać, bo bym nie chciał, ale o to, że takie niezdecydowanie, lęk przedy czymś nieokreślonym, patrzenie na jakieś swoje wyobrażenia o sobie - to ma swój konkretny koszt, który płacę wyłącznie ja. To ja sobie w ten sposób marnuję życie. I nie jest tu winny nikt inny, tylko ja. Prawda, czasem muszę walczyć bardziej niż inni, zgoda. Ale też co by to było, gdyby nagle wszystkie marzenia dało się spełnić! Piekło na ziemi, gdzie te marzenia nagle straciłyby jakąkolwiek wartość...
To JA decyduję o tym, czy dam radę coś zrobić, czy nie.

Naiwne?

-Nauczyłem się angielskiego, chociaż to było "niemożliwe", poprawiam teraz wiele tekstów wysyłanych do native'ów, poważnych czasopism międzynarodowych.
-Posądzali mnie o dysleksję (tfu!!), za nic nie umiałem się nauczyć ortografii. Dzisiaj robię za korektora tak upierdliwego, że sprawdzam i polskie teksty i nie ma takiego, gdzie bym byka nie znalazł.
-Nie umiem rysować, ale ten obrazek co go widzicie powyżej, to moje dzieło. Not much, but still;) Robiony na laptopie, więc nie kontrolowałem kontrastu...;)
-Nie mam orietacji w terenie, ale okazało się, że wystarczy odrobinę patrzeć dookoła, a zawsze wiem, w którą stronę chcę iść w kompletnie nowym terenie.

Nie piszę tego, żeby się chwalić, ale żeby pokazać, że takie głębokie, wewnętrzne przekonania że "nie umiem, jestem gorszy, zawsze przegrywam, to moja wina", to jest perfidna ściema. I trzeba ją odrzucić i stanąć do walki o swoje marzenia, swoją godność we własnych oczach, swoją siłę. Bo swoją siłę zwykle trzeba wywalczyć, a w najlepszym wypadku - odkryć. Tak czy inaczej bez rozlewu krwi się nie obejdzie. A że ta walka z samym sobą jest, to będzie czerwono...! Ale warto, nie?:) A najbardziej warto z tego powodu, że kiedy zobaczymy kim tak naprawdę jesteśmy, a na kogo próbuje nas ukształtować świat wmawiając, że "nie umiesz, to twoja wina", kiedy poznamy PRAWDĘ, wtedy diametralnie zmienia się spojrzenie na świat w ogóle.

A w kwestii tego pisania, to bym się chciał pochwalić odrobinkę... >>LINK<< Chociaż łatwo się pisze o czymś, co jest super przeżyciem z super ludźmi;)


hereandnow 2009-10-10 00:47:48
skomentuj (4)
z powrotem i z innymi zwierzętami

Chelloł się z Szampaństwem!:)

Trochę mnie nie było, a tu widzę, że burze jakieś się rozpętywują.. Nic to, będziemy lać oliwę na fale.. żeby ją później podpalić:D Ale to za czas jakiś, jak się nieco ogarnę. Wakacje to jednak absorbująca rozrywka i trzeba po nich nie dość że odpocząć, to jeszcze wtrybić się w tryby nienormalnego trybu pracy. A tu brak tych wszystkich sznurków od tych szmat i szmatu asfaltu uciekającego spod kół mechanicznego muła. Ale życie jest i to w nim się zanurzę, żeby pływać jak ryba z ławicą innych:) Dobra, trochę mnie poniosło, musicie wybaczyć;) Relacja będzie później, choć nie obiecuję, że mniej chaotyczna;) Gotta' bear with me. Or bear not.
To bear, or not to bear, that is a question of a forester...

Howgh!


hereandnow 2009-08-25 13:35:03
skomentuj (4)
away

Pojechał daleko i jak dobrze pójdzie, to wróci za 2 tygodnie. Jak źle pójdzie, to wcześniej. Ale pójdzie dobrze.
Do widzenia się z Szampaństwem.


hereandnow 2009-07-26 21:07:15
skomentuj (1)
born to be wild. an' no kiddin'


Ktoś mnie tutaj wziął i popsuł bloga jakimś brzydkim szarym paskiem na górze... Wie ktoś, czy da się usunać to paskudztwo jakoś? Naprawdę wiem, gdzie mogę się zalogować, obejrzeć reklamy, a podobne blogi mnie nie interesują... Ech, dlaczego robią ze mnie znowu idiotę, co? Żeby nie było - za konto kiedyś, dawno temu zapłaciłem. Wtedy, kiedy jeszcze blogowe konta były płatne, a smoki pożerały księżniczki i zagryzały baranami. Znaczy się rycerzami. A skoro o wilku mowa. Znaczy o baranie.

To jest jakieś chore, żeby kobieta uważała, że ma w życiu pełnić rolę rycerza, a nie księżniczki. Jakby miała być rycerzem, to by była facetem. Amazonki wyginęły nie bez powodu przecież... Jak się spotka dwóch rycerzy, to się piorą po pyskach, albo idą na wódę. Coś by tu było nie halo, gdyby jednym z nich miała być kobieta, nie? I nie mówcie mi, że trudne czasy, bo są najbardziej zniewieściałe od zawsze. No może z wyjątkiem okresu mody na francuskie peruki w loczki. Ludzie, którzy mają pilnować porządku (czyli kurcze twardziele niby) bardziej się przejmują tym, czy ktoś się nie przewróci na rowerze niż tym, że może mieć marzenie zrobienia czegoś trudnego. Nie wierzymy sobie nawzajem, nie wierzymy samym sobie tym bardziej. Co to za facet, co słysząc, że ktoś chce jechać pół Polski na rowerze krzywi się i stwierdza, że to strasznie dużo, męczące i w ogóle to po jaką cholerę, skoro można pociągiem? Nie, nie był to emeryt, ale facet w sile wieku, niewiele starszy ode mnie. Rówieśnicy nie mają z tym problemu takiego zazwyczaj. Ale i tak żaden nie zapytał, czy może jechać z nami. Wiecie kto zapytał? Dziewczyna z jeszcze innego końca Polski. Ale nie pojedzie. Większości facetów, gdyby założyć sukienki, czuliby się świetnie. Żeby nie było - nie próbuję tu żadnej gradacji - że facet jest wyżej niż kobieta i się go degraduje. Nie. Tak jak "babski facet" nie jest do końca facetem, tak "męska kobieta" nie jest do końca kobietą i obie te rzeczy są równie złe. Jako ludzkość rozleniwiamy się. Konieczność podjęcia jakiegoś wysiłku jest karą. Albo "zdrowym trybem życia", jeśli mowa o wysiłku fizycznym. W najlepszym wypadku człowiek nie starający sie za wszelką cenę ułatwiać sobie życia postrzegany jest jako ekscentryk. Ale... gdzie tu miejsce na rycerza? Gdzie wyzwania, bitwy, potyczki, smoki, wieże? A w końcu gdzie te księżniczki? Znudziło im się czekanie, aż rycerz ruszy cztery litery sprzed TV. A rycerzowi nie chce się ratować księżniczki, która natychmiast zabroni mu nosić miecza, bo się pokaleczy biedaczek. I ja mu się wcale nie dziwię. Jej zresztą też.
Boimy się ryzyka. Boimy się ceny, jaką możemy musieć zapłacić za porażkę. Więc rycerz czeka aż mury wieży rozsypią się ze starości. Wtedy spokojnie wejdzie do środka nie narażając równiutkich paznokci. Ale tam będzie albo niesczęśliwa, stara kobieta, która już nie chce zadnego rycerza, albo nie będzie po prostu nikogo. Bo księżniczka dała nogę i dzielnego rycerza zrobiła w rumaka bojowego, tudzież inną chabetę tegoz udającą. Bo dzisiaj rycerz ma być przede wszystkim grzeczny, ma ładnie pachnieć, gładko się wysławiać, znać najnowsze ploteczki o politykach i gwiazdach, no i mieć zadbane dłonie. Poza tym ma być ciepły, czuły, delikatny i wrażliwy.
HELLO!!!
Kogo ja właśnie opisałem? Czy nie przypadkiem tę królewnę z wieży? Nie kobietę?
Czy rycerz przypadkiem nie służy do machania mieczem, obrywania w boju, narażania się dla księżniczki, zabijania smoków, pocenia się, zdzierania skóry z rąk, taplania się w błocie jeśli trzeba? Potem oczywiście przychodzi czas na ciepło i czułość, ale w naszym społeczeństwie jest tylko "nagroda"! Bo czy coś, co nie jest ani zasłużone, ani nie jest pełne, czy może być nagrodą? Czy można odpoczywać nie zmęczywszy sie wcześniej? Nie no, prawda, łokrutnie się męczymy. Wzdychając, snując domysły, co by było gdyby, płacząc że tyle szans przeszło koło nosa. Tak, męczymy się straszecznie. I rycerze i królewny. Bo królewna widząc takie ciepłe kluchy to co ma sobie pomyśleć? "Tak! Nareszcie będę miała spokój, dokładnie tak, jak wcześniej, tak!" Takie rzeczy to tylko w Erze. Nie, ona stwierdzi, że lepiej jest jej być dalej samą, skoro już ma nie przeżyć nic ciekawego. A z biegiem czasu polubi tę myśl. Bo ona (ta konkretna myśl) nie wymaga wysiłku. Bo łatwo jest płakać, że to co dobre to albo minęło, albo napewno nigdy nie przyjdzie. Pół biedy, jak to płacze królewna. Od tego jest rycerz,żeby udowodnił, że jest inaczej. Ale jak to rycerz chodzi w chełmie zardzewiałym od łez? Paranoja jakaś - kto ma jego pocieszać, kto ma o niego walczyć? No przecież nie królewna, która w wieży, smok, fosa, czarownica... Jeśli pokona wszystkie bestie sama, żeby dotrzeć do rycerza, to co jej po nim? Dobrze wiecie, że zupełnie nic. I dlatego tyle małżeństw się rozpada. Role są źle rozpisane. Ten, który ma być silny, jest słaby. Ta, która ma być oparciem i opoką - haruje i nie ma siły już na żadne wspieranie. I niech mi ktoś powie, że to jest zdrowe i normalne. Niech mi ktoś znajdzie faceta, który będzie szczęśliwy, że to żona o wszystkim decyduje, a on pieli grządki. I nigdy, przenigdy nie myśli, że fajnie by było zapolować na niedźwiedzia. Albo iść w wysokie góry. Albo opłynąć świat. Nie ma takich. Nie bez powodu chłopcy najchętniej bawią się w wojnę. Dzieci jeszcze nie są tak strasznie skrępowane normami społecznymi, które są coraz bardziej sfeminizowane. Nie wolno ci powiedzieć co myślisz, bo możesz kogoś urazić. Nie możesz iść sam w góry, bo to niebezpeczne. Nie myśl o rejsie dookoła świata, bo to drogie i do niczego nieprzydatne, idź lepiej na kurs angielskiego lub księgowości. Pozbądź się marzeń o walce, zwycięstwach, zmaganiu z naturą, samym sobą, a może innym facetem. Zostaw to, bo to nieodpowiedzialne. Tego nie da się kontrolować. Nie da się przewidzieć skutków. Wyrzeknij się siły, bo ona jest niebezpieczna. Wyrzeknij się dzikości, pasji, charyzmy. Bo to może się źle skończyć, kogoś może zaboleć. Ale tak się składa, że w walce zawsze kogoś boli. A życie to właśnie walka. I nie boli tylko wtedy, kiedy jeszcze zanim skrzyżujemy żelazo, wysyłamy z obu stron ludzi z białą szmatą na kiju. Żeby Boże broń nikomu nic się nie stało. Ja nie mówię o zabijaniu. Ja mówię o zwykłej codzienności. O zwykłej, a właściwie niezwykłej, walce o kobietę... z tym, co w niej siedzi, zwykle. O walce z własnym strachem, egoizmem, pychą, głupotą. O walce z oszustwem, podłością, miałkością. O walce z wlasną słabością - psychiczną, fizyczną. Tu się trup ściele gęsto, jeśli w tę walkę się włączyć. I boli. A ból to przecież zło i trzeba wziąć pastylkę... Dlatego jest tyle samotnych księżniczek, które dały nogę z wieży i budują sobie swoją własną, meblują ją i pilnują, żeby żaden rycerz jej nie zdobył. Bo zbyt długo czekały. A w międzyczasie podawały te pastylki na ból głowy i głaskały po główkach. I mit o szkodliwości niebezpieczeństwa, wyzwania, przygody i walki się rozwijał w najlepsze. Za to jaka kontrola, przewidywalność...! Największym zmartwieniem jest kurs złotego, a nie budowanie domu, wyprawa w nieznane. Z księżniczką oczywiście.
Bo sobie nie ufamy. Księżniczka nie ufa rycerzowi, że w razie czego ją obroni, rycerz nie ufa księżniczce, że w razie czego będzie go opatrywać, a nie zwieje z jakimś w pełni sił. Ona nie ufa samej sobie, że może podołać, on dokładnie tak samo. Bo skąd mają wiedzieć, jak całe życie na kanapie spędzili i w samochodzie z wygodnymi siedzeniami?
Pierdołowaciejemy, moi drodzy.
Wszyscy.
Bo dajemy sobie wmówić, że to jest postęp, że to jest normalne. Nie, to jest śmierć za życia. Jeżeli nie realizujesz tego, co na dnie serca niespokojnie się kołacze, to zabijasz sam siebie. Sam jesteś odpowiedzialny za zmarnowanie sobie życia, nikt inny, żadne okoliczności nie są winne, tylko TY. Żebyś tylko sobie to życie marnował, to by było małe piwo. Ale marnujesz je swoim bliskim, swojej żonie. Oni wciąż nie wiedzą kim tak naprawdę jesteś. Nie wiedzą, że życie z Tobą może być przygodą.  Bo kto lubi, jak ktoś się dla niego poświęca? Ja nie znoszę, no po prostu alergicznie reaguję. Bo to jest bez sensu. Ja chcę, żeby człowiek z którym coś robię, robił to, bo ON chce to robić. A nie dlatego, że TRZEBA. Trzeba to kiedyś umrzeć i właśnie dokładnie tyle trzeba. Reszta to nasze wymysły. I marzenia. Szkoda tylko, że wolimy wymysły od marzeń. Jeśli dusisz w sobie coś, nie pozwalasz sobie być sobą, jeśli oddalasz najgłębsze marzenia - jesteś zgorzkniały. Wiem coś o tym, byłem taki. I trudno z tego wyjść. Samemu to właściwie niemożliwe. Ja potrzebowałem
Najsilniejszego Z Silnych,
Najdzikszego Z Dzikich,
Najpełniejszego Pasji I Determinacji,
Najbardziej Oddanego,
Wiernego,
Niebezpiecznego,
Nieprzewidywalnego,
Potężnego,
WOLNEGO.

Wrażliwego,
Troskliwego,
Delikatnego,
Czułego,
Ciepłego,
Opiekuńczego,
KOCHAJĄCEGO.

Boga.

On jest siłą, która nie znika wraz z drugim człowiekiem. On jest Nadzieją na sens i dobre zakończenie. On jest generałem, następnym człowiekiem w falandze, który osłania mnie swoją tarczą, żebym ja mógł osłonić jeszcze następnego. To On swoim mieczem naciera na moich wrogów. Na mój strach, słabość. Od Niego pochodzi siła, wolność, nieprzewidywalność. To, że jestem facetem i to niezależnie od tego, czy zdobyłem tę księżniczkę, czy nie. Bo moja siła nie pochodzi od niej, ale od Niego. Dlatego nie jest zależna od jej humorów, od przeciwności losu. Oczywiście, ona jest niezbędnie do szczęścia potrzebna. Bo przez nią właśnie On działa, leczy, pomaga. Pozostawiając ją w całości... nią. Nie traktując jej jak marionetkę. Bo Bóg jest Miłością, a Miłość nie prowadzi do krzywdy. Nigdy. Czy to ludzka, czy Boża. Ból - być może. Problemy - prawie na pewno. Ale krzywda - nigdy. To jest coś, o czym dzisiaj strasznie często zapominamy. Że to miłość powinna stać za decyzjami co będzie z pożytkiem dla tej drugiej osoby. A miłość to jest nieszukanie siebie. Czy to miłość do człowieka, czy do Boga. I w tej miłości zawiera się zaufanie, wierność, wiara.. I można góry przenosić. Tyle, że nic za darmochę. Poza całą furą darów, jakie otrzymaliśmy i otrzymujemy każdego dnia. Człowiek też jest darem...:)

A żeby nie było, że ja sam taki elokwentny i mądry wielce, to znakomita większość powyższego inspirowana jest książką pana Johna Eldredge'a "Wild at Heart". Oraz życiem niedawnym:)



hereandnow 2009-07-24 01:21:20
skomentuj (2)
Wolność - rozumiem..?!


Wolność.
Fajne słowo, nie?

Co to jest wolność?
Z czym to się je?

Czy ja jestem wolny?
A Ty? Czy jesteś wolny/wolna?
Czy żyjesz naprawdę tak, jak czujesz, że jest DOBRZE? Dobrze to nie znaczy - wygodnie. To znaczy - DOBRZE. Tak, jak krzyczy Twoje serce. O ile jeszcze krzyczy.
Czy w ogóle ŻYJESZ??
Co Tobą kieruje?

Praca domowa: posłuchać (klik) i zrozumieć. Wnioski są Twoje.


hereandnow 2009-07-02 20:29:30
skomentuj (10)
tak tak, nie nie

Bo życie składa się z drobnych rzeczy.
A drobne rzeczy składają się na większe rzeczy. Coś jak matrioszka, tylko że w 100 wymiarach.
Wszystko zazębia się i nakłada do tego stopnia, że trudno to rozwikłać. DLACZEGO, JAK, PO CO?

"Trzeba mieć jakiegoś przewodnika
Czy innego drogowskazu albo ratownika"

Tak twierdzi imć Kazik i rację ma ten pan. Cokolwiek by chciał w ten sposób powiedzieć;)
Bo z tego rodzi się szarość. Z pomieszania drobinek białych i czarnych.
W ciemności wszystko wydaje się w najlepszym wypadku szare. Albo czarne. Żeby odróżniać odcienie potrzeba światła.

Wtedy można świadomie podejmować decyzje w którą stronę iść. Bo NIE ma tak, że w którąś stronę iść się nie da. Może to być trudne, żmudne, może trzeba będzie z czegoś innego zrezygnować. Ale NIE ma tak, że mając do wyboru A i B jesteśmy skazani na jedną tylko opcję, bo druga jest "niemożliwa". Bo szef, bo zajomi, bo opinia, bo wygoda, bo sto innych rzeczy.
Zgoda.
Ale można.
Coś za coś, nikt nie powiedział, że bedzie łatwo. Można być czarno-białym. Mówić tak tak i nie nie. I tak samo robić.
Ale i to nie jest ważne. Ważne jest to, że każdy taki wybór, niezależnie od jego wyniku, jest szansą zauważenia, że tu nie chodzi o materialne rzeczy. Bo czy pójdę do takiej, czy do innej szkoły, czy dostanę jakiś papierek, czy nie - to wszystko jest oczywiście ważne i potrzebne, ale summa summarum i tak pójdzie ze mną do piachu. Ja nie pamiętam jakie szkoły kończyli moi pradziadkowie, których nigdy nie widziałem. I szczerze mówiąc jest mi to doskonale obojętne. Nie znałem ich, więc opowieści o nich są dla mnie też martwe. Tak samo pamiątki, wspomnienia. Szanuję, ale nie mam do nich żadnego stosunku własnego. To samo będą czuć moi (pra)wnukowie, jeśli w ogóle się pojawią kiedyś. Nie jest ważne, czego mój pradziadek dokonał, a czego nie dokonał. Nie ma go i nie ma jego dokonań. Nie jest ważne ile książek przeczytał, ile filmów obejrzał i ile zdjęć zrobił. Wprawdzie zdjęcia można oglądać i fajnie wyglądają, ale mnóstwo zdjęć istnieje i chociaż każde jest inne i ma inną "duszę", to jednak człowiek, który je wykonał pozostaje niewidzialny i w ten sposób łączy się z tłumem innych. Dorabia
mu się wprawdzie jakąś pseudo-duszę, ale to tylko projekcja, złudzenie. On tak naprawdę jest lub był zupełnie inny. I nie jest ważne jaki był, jeśli już go nie ma. Ważne jest, jaki był kiedy był.
Dokąd dążył i dlaczego.
Jak żył.
Po co żył.
Bo tam gdzie dążył, tam dotarł.
Nie fizycznie. Bo ja na przykład chętnie zwiedziłbym inne układy planetarne i co z tego? Ale też chciałbym absolutnego pokoju i szczęścia. Banalnie brzmi? I co z tego? Chciałbym, kto by nie chciał? I wiecie co?
Można.
Da się.
Na swoją skalę, na swoim podwórku, od siebie.
Da się.
Ale...
"Trzeba mieć jakiegoś przewodnika | Czy innego drogowskazu albo ratownika". Inaczej na nic się to zda.
Bo nie chodzi o to, żeby tutaj było dobrze. Bo nawet jak będzie, to ludzie umierają i co? Od początku? Wystarczy byle g... i wszystko się sypie. Wystarczy umrzeć i koniec pieśni. Nawet pobudki altruistyczne przestają działać w obliczu śmierci. Bo co za różnica, czy komuś przeze mnie było wygodnie i przyjemnie, jeśli od teraz będzie zupełnie inaczej? Życie jest krótkie. I moje, i Twoje. Jeśli zrobisz coś dla mnie, to mi będzie oczywiście przyjemnie, pewnie kiedyś ja też coś dla Ciebie zrobię. Ale poumieramy i co dalej? Ano nic. Bo czas się nie chce za nic cofnąć. Co się stało, to minęło i koniec.
W pewnym momencie ważne zaczynają być powody. To one świadczą o tym, KIM jesteśmy. I dla kogo jesteśmy.
Dla siebie? W chwili śmierci już nie ma MNIE. Nic dla siebie już nie mogę zrobić. Dla kogoś? On/ona są w tej samej sytuacji. Więc dla kogo?
Ano dla Niego, Przewodnika, Ratownika.
Boga.
Tego, który mieszka w każdym z nas. We mnie, w Tobie. I działa cały czas. Przez ludzi zbliżamy się do Niego. Kochając ludzi, kochamy Jego, kochając Jego, kochamy ludzi. Zamknięte, nieskomplikowane,
samonapędzające się kółko. Jedyne perpetuum mobile, jakie działa.
Jemu nie przeszkadzają nasze porażki. Nie imponują Mu nasze zwycięstwa. Chce tylko, żebyśmy do Niego doszli. Z własnej woli, z własnego wyboru.
Tego czarno-białego.
Dlatego nawet jeśli tutaj się
z tysiąca powodów nie uda dotrzeć do szczęścia, to Tam się to uda. Bo nic nie dzieje się bez przyczyny, jako się rzekło. I nic nie pozostaje bez odzewu. Trzeba tylko zaufać, tak na maxa.
On jeden potrafi to, co dla człowieka może wydawać się niemożliwe. Właśnie o to chodzi. O to, by iść za Nim, no matter what. I napewno dojdzie się tam, gdzie będzie tak dobrze, że lepiej nie może być.
Nikt nie powiedział, że będzie łatwo.
Ale też nikt nie powiedział, że miłość jest prosta i niczego nie wymaga. A to przecież największa Miłość, która nie może prowadzić nigdzie indziej, jak tylko tam, gdzie jest szczęście. I jak każda miłość ma swoje warunki. Ale coś, co nie ma ceny, nie ma wartości. Absolutna Miłość zdecydowanie ma swoją wartość. Miłość do mnie. Do Ciebie. Prawie taka, jak ludzka.
Prawie.
Bo tylko nieskończenie większa, cierpliwsza, bardziej wyrozumiała i wierniejsza. Ale poza tym niczym dla nas nie różniąca się od tego, co przeżywamy po ludzku. Bo tylko po ludzku możemy ją odczuć. I odwzajemnić.
Mam za co być wdzięczny.
I jestem.



hereandnow 2009-06-25 23:21:49
skomentuj (1)


Księga życzeń i zażaleń




Inni wędrowcy

Nawia
Maxwell
Ash
Lleiraa
Anielica


Linki:

Hołmpejdż - Bukowydom


2012
styczeń
2011
październik
2010
grudzień
2009
listopad
październik
sierpień
lipiec
czerwiec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
marzec
2006
czerwiec
luty
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec