Orły, orły!

W ciekawych czasach żyjemy. Jeśli wierzyć statystykom, jesteśmy zestresowani, przepracowani, sfrustrowani i nie mamy czasu na marzenia. W moim przypadku statystyki tym razem nie kłamią. Kredyt, praca i ogólna tendencja wszelkich niepowodzeń do chodzenia stadami sprawiają, że nie chce się marzyć w obawie przed kolejnym rozczarowaniem. Ale kiedy już marzę… To chcę żeby było niebezpiecznie. Nie tak że w robocie za mało płacą i nad głową wisi eksmisja. To jest ZBYT niebezpieczne.

Marzy mi się groza oswojona, ryzyko skończone, strach ujarzmiony. Taki świat, w którym miałbym realny wpływ na swoje i nieswoje otoczenie, gdzie smoki zieją ogniem, ale wiadomo jak je zabić. Właściwie bliżej temu mojemu wymarzonemu światu do gry komputerowej, gdzie twórcy z góry zakładają jak gracz będzie się zachowywał i wybranie optymalnej ścieżki promują dodatkowymi punktami, ale w zasadzie nie da się podjąć złej decyzji, bo one już wcześniej zostały podjęte przez kogoś innego, a na drodze gracza zmyślnie zostały rozstawione liczne łatwe do dostrzeżenia i zrozumienia drogowskazy. Ja mam tylko za nimi podążać minimalnie wysilając intelekt i delektując się zajmującą fabułą i pięknymi widokami. Tak, to by było całkiem przyjemne.

Zwykle zapominam w tych swoich rojeniach, że smoki żyją w niedostępnych jaskiniach strzeżonych przez tajne zamki, do których trzeba się mozolnie wspinać w towarzystwie gburowatych krasnoludów po bezdrożach gdzie nikomu nie przyszło do głowy wytyczyć szlak turystyczny. Zapominam, że po drodze jest prawdziwy głód, zepsute jedzenie, strach, niepewność i wycieńczenie. Że jest nuda i znużenie monotonią przygotowań i samej ciągnącej się w nieskończoność drogi. Wybiegnięcie z domu jedynie z chusteczką do nosa zdarza się w książkach i to jednemu na czternastu, reszta zasuwa latami. Piękne widoki są jednak faktycznie piękne – przez godzinę dziennie. Przez pierwsze 3 tygodnie. Potem jest już tylko ciężka praca. A co jeśli nawet widoków nie ma? Ganiasz bez końca podziemiami za bandą goblinów próbując wykraść im jakąś śmierdzącą szmatę i nawet nie wiesz po co? Co jeśli żeby rzucić zwykłą Kulę Ognia trzeba latami wkuwać formułki, wzory i inkantacje, a potem pół dnia ślęczeć nad wykresami żeby ten jeden raz faktycznie się udało? Co jeśli machanie mieczem jest fajne dopóki masz miecz po jakimś herosie sprzed wieków, obłożony stertą uroków, a nie zwykłą wojskową sztachetę – tępą, ciężką i źle wyważoną, od której ręka boli na samą myśl o walce? Co jeśli poranna wizyta w krzakach może skończyć się pogryzieniem przez mrówki (pół biedy jeśli nie są skrzyżowane z ogrami!), a o głupim papierze toaletowym nikt najwyraźniej nie słyszał? Sprawy zaczynają wyglądać coraz marniej. Oczywiście w moich marzeniach jestem zawsze kluczową postacią zbierającą splendor wynikających z bohaterskich dokonań. Ale ile to razy zdarzyło się jednak mieć szefa – palanta żerującego na podwładnych i zbierającego nie tylko oklaski, dziewice i połowy licznych królestw, ale także kasę na rekompensatę wydatków? Zostaje jednak ta mityczna PRZYGODA. Poczucie dobrze spełnionego obowiązku po usieczeniu smoka, czy uwolnienie ludzkości od innej ohyzdry. Pal licho, że ludzkość nie jest szczególnie wdzięczna, a na dobrą sprawę ma w nosie czy smok jest, czy go nie ma. Zresztą zaraz i tak pojawią się obrońcy gatunków wymierających. Co przybliża nas do kolejnego problemu – ratowanie świata przed „obcymi” zagrożeniami, jak smoki, demoniczni magowie planujący zagładę planety, czy inwazja kosmitów – nieuchronnie prowadzi do sprowadzenia wymarzonego, pełnego niebezpieczeństw świata do stanu jaki mamy obecnie – kredyt, praca… I jakoś odechciewa się przenoszenia do innego świata.Pozostają piękne marzenia, które czasem pomagają spojrzeć na tak przyziemną kreaturę jak kredyt z odrobiną sympatii. Ot, smok naszych czasów. I stopy procentowe spadają, aż chciałoby się krzyknąć: „Orły, orły!”

Czasami człowiek musi…

… inaczej się udusi…

Człowiek zamierza wrócić do pisania tutaj. Jako że pisze jednocześnie inne tomiszcze, to musi się chyba oderwać i tradycyjnie ponarzekać na świat, tudzież się powymądrzać, inaczej pęknie, a przedtem rodzina przestanie wytrzymywać.

Po pierwsze się człowiekowi nie podoba, że znowu mu bloga popsuli i nie może sobie go pozmieniać tak, żeby było ładnie. Albo nie umie..

A po drugie tradycyjnie denerwuje mnie niekonsekwencja, powierzchowność myślenia, arogancja i fundamentalizm. O.

Późno już, więc rozwinę przy następnej okazji;)

o życiu

Co by było, gdyby życie było właśnie tym, czym się wydaje? Wstawaniem, myciem zębów, śniadaniem, obiadem, czasem chrztem, czasem pogrzebem, częściej kolacją. I już. Żadnych wielkich spraw, głębszych sensów. Co wtedy?

Trzeba marzyć. Śnić. Szare czy nie, życie staje się znośniejsze. Nawet, jeśli nie zyskuje sensu. – pomyślał Błazen i po raz kolejny włożył czapkę z dzwoneczkami.

spirytualnie

Świat poszedł naprzód, pisze King.

Czyżby? – zastanawia się Król.

Od kiedy pamięta, wydawał rozkazy i słuchano go. W międzyczasie ktoś wpadł na idiotyczny pomysł jakiegoś świstka, który nazwał konstytucją (bardzo widowiskowa egzekucja), ktoś inny założył związki zawodowe, ale zasadniczo nic się nie zmieniło. Władza. Posłuszeństwo. Pieniądze. Bieda. Kiedyś na monetach bito jego ojca, wcześniej dziadka, ale czy chleb przez to sycił bardziej? Wojna. Miłość. Czy życie naprawdę było wtedy tańsze? Strach. Zmęczenie. Ból. Radość.

Świat nie poszedł naprzód. Jeszcze. Kiedy pójdzie, kiedy słowa zmienią znaczenie – biada nam. Ale teraz żyjemy w czasach przodków, w domu.

To pocieszające. – zauważa Król wracając do kieliszka gorzałki, która także jest taka, jak zawsze. I jak zawsze, wiele kieliszków później, przyjdzie odchorować przebłysk geniuszu.

————–

Bo Indianie nadal pływają czółnami, nadal widzą więcej niż biali, nadal opiekują się swoją ziemią, której nie chcą na własność. Bo nic się nie zmienia.

Odkrywam Przystanek Alaska;)

Droga

Przed – jest coś, za – także. A tu i teraz? „Bo życie jest jak sen, który krzyczy / Bo życie jest jak sen, który trwa…”

Dużo wspomnień. Zeszyty z LO, muzyka Preisnera, nocne Polaków rozmowy. Jak to jest, że to, co dzieje się teraz jest dużo mniej kolorowe, niż widziane z perspektywy paru lat? „I stanął zegar, ruszył czas”

Były wieczory, kiedy chciało się wyć lub tańczyć. Teraz jest pokój. Czas go przemeblować.

„Płomień świecy zgasł”

Dobranoc.

czy?

Czy my się aby nie staramy za bardzo na wyrost? Czy nie wymyślamy sobie jakichś celów, wartości, wierzeń, żeby zabić tę dojmuącą pustkę, jaką wymusza posiadanie rozumu w świecie, który tego rozumu nie przejawia? Pszczoła, na tyle na ile cokolwiek o pszczołach wiemy, nie zastanawia się nad sensem swojej pracy. Robi to, co umie, czyli miód. Ale nie może powiedzieć, czy z tego powodu jest szczęśliwa. W ogóle niewiele może powiedzieć. Bo nie posiada samoświadomości, rozumu. O ile nie jesteśmy w jakimś strasznym błędzie. Pszczoła, giez i świnia mają bardzo precyzyjny cel w życiu – przeżyć. Z naszego punktu widzenia to cel bardzo przyziemny, ale my jesteśmy szczęśliwymi (?) posiadaczami rozumu. Nam potrzeba czegoś więcej, niż tylko przeżycie, zakładając, że nie jest ono zagrożone. Tylko czy odczuwanie potrzeby usprawiedliwia jej zaspokajanie, jeśli nie jest to potrzeba niebędna do życia (wegetacji)? Chodzi mi o to, czy sam fakt, że czuję potrzebę oddziaływania na świat aby „się realizować”, oznacza, że na ten świat mam prawo oddziaływać? Od wieków robią to władcy i od wieków są przeklinani przez podwładnych. I przez tych, którzy przychodzą potem. Pochwalne kroniki piszą sami władcy rękoma opłacanych kronikarzy, historia przecież nie jest nauką obiektywną, nie bazuje na faktach, tylko na przekazach. Więc ci królowie idą „za głosem serca” i wszczynają wojny, palą, grabią i mordują (tzn. działają na większą chwałę swego narodu, przeprowadzaja niezbędne reformy, krzewią dobrobyt państwa i prowadzą rozmowy dyplomatyczne…). Oni to uważają za słuszne i każdego, kto staje im na drodze uważają za osobnika (ideę) grożącego ich wolności zaspokajania potrzeby posiadania wpływu na świat. Dorabiają ideologię do dziadostwa grając role, jakie wyewoluowały z jaskini, nieświadomie, z prostej, celowej walki o byt, ogień i jedzenie zamieniając się w stos wzniosłych idei o człowieczeństwie, wyższych wartościach i dziejowej powinności. Który to stos ma zasłaniać kupę gnoju, jaką ci sami królowie konsekwentnie budują kolejnymi swoimi światłymi dekretami. Nie to, żebym chciał tutaj szerzyć swoje anarchistyczne teorie – bo wychodzi na to, że co by się nie zrobiło, i tak zamieni się to w końcu we wspomniany gnój. Taka już nasza ludzka natura – co dobre natychmiast potrafimy bez większego trudu zepsuć, a co złe, tego już naprawić nie umiemy, lub zajmuje nam to całe wieki. Z tym psuciem zwykle zresztą wychodzi tak, że przecież każdy chciał dobrze, a wyszło jak zwykle.
A może wcale nie ma takiej obiektywnej potrzeby, żebyśmy robili cokolwiek poza prostą wegetacją? Co jeśli miłość, honor, wrażliwość, piękno, empatia, dobro, zło – co jeśli te wszystkie wartości sobie tylko wymyśliliśmy kiedyś bardzo dawno temu, tak dawno, że w ogóle tego nie pamiętamy, dlatego uważamy, że one istniały zawsze, wręcz niezależnie od nas? Co jeśli miały tylko zapełnić lukę między pszczołą a człowiekiem? Pustkę istnienia istoty rozumnej w bezrozumnym świecie? Samotność? Co jeśli sens istnienia istoty rozumnej niczym nie różni się od sensu istnienia pszczoły? Co jeśli rozum to tylko pomyłka przy replikacji DNA, przypadek? Przypadek wielce korzystny, w końcu przetrwaliśmy i mamy się niezgorzej jako przodujący gatunek na planecie. Ale też przypadek brzemienny w skutki, nie tylko te pozytywne.
Co my wiemy o ludziach przed nami? Niech będzie 100 lat. Wiemy jak wyglądali (fotografie), co jedli, jak i czym pracowali. Ale to samo wiemy o pszczołach. Nie wiemy co myśleli. Wiemy, co pisali, a to przecież nie to samo – pamiętniki piszą nieliczni, blogi to sprawa ostatnich 10 lat. Wiemy co pisali, ale pisali pod dyktando. To, co było nieprawomyślne lub zwyczajne, miało mniejsze szanse przeżycia. Prędzej było palone, rzadziej publikowane. Wreszcie nie czytamy tego, co pisał Kowalski, Wiśniewski, czy Jones. Czytamy Boy’a, Wańskowicza, Tuwima. Czytamy historyków, a oni czytają przemowy polityków. I czasem pamiętniki. Niewiele wiemy o żywych ludziach sprzed 100 lat. O czym marzyli, czego potrzebowali do szczęścia. Czy w ogóle byli szczęśliwi choć czasem. I jak często. A im dawniejsza historia, tym mniej danych. Przestajemy wiedzieć jak ludzie wylądali, przestajemy znajdować pamiętniki, przestajemy znajdować zapisy rzeczywistych przemów władców. Dochodzi w końcu do tego, że o ludziach możemy coś powiedzieć na podstawie kawałka kości, kamienia i naskalnych obrazków. Grafiti? Co jeśli opacznie rozumiemy historię, dorabiamy do niej zbyt wiele ideologii, zbyt wiele naszych ukrytych pragnień? Co jeśli wcale nie było żadnego zamysłu, żadnej idei, która kierowała władcami przez stulecia? Co jeśli absolutnie jedyną wartością był pieniądz i władza? I pomyłki? Czy nie stajemy się wtedy śmieszni z naszą wysoką kulturą, sztuką, etykietą i humanitaryzmem? Przerażająca jest myśl, że te insynuacje mogą być prawdą. Bo właściwie czemu nie?

królewskie dylematy

Gdy Król był mały, to chciał zostać pilotem. Ostatecznie może strażakiem, ale to już jednak nie to samo.
Dorastając udawało mu się wyrywać z lekcji etykiety, strategii i języków obcych, żeby próbować żyć jak inni i zajmować czymś, co go interesowało. W krótkich chwilach wolności pisał wiersze, przerzucał siano w stajni, szarżował na pułki kawalerii państw ościennych, gasił pożary. Nie udało mu się nigdy niczego pilotować.
Mówiono mu, że będzie królem, że to przywilej i ogromny obowiązek. Że jego trudna praca będzie ważna dla jego poddanych, że musi się dla nich poświęcić, bo jest przecież królem. Że ma misję, ważny powód, żeby żyć i pracować jak najlepiej. Więc przykładał się do wszelkich nauk, jakie mu udzielano. Wierzył, że wszystko, co robił miało głęboki sens.
Z czasem ta wiara powoli przerodziła się przekonanie graniczące z pewnością. Do absolutnej pewności jednak nie dotarł jak dotąd. Rządził swoim Królestwem bardziej z przyzwyczajenia, rozumiejąc konieczność utrzymania władzy w silnym państwie. Utrzymywanie władzy w państwie słabym sensu nie miało najmniejszego, tu pewność miał niezachwianą. Ale czy władanie potężną armią chroniącą wydajną gospodarkę regulowaną przez sprawiedliwy system prawny i zapewnianie w ten sposób poddanym względnego dobrobytu faktycznie było absolutnie sensowne – tego do końca pewien nie był. Jak zwykle, historia okazywała się mądrą nauczycielką, pokazując skuteczne metody bogacenia się Królestwa i Król korzystał z niej chętnie. Nie był jednak w stanie odpędzić od siebie myśli, że niezależnie od swych sukcesów lub porażek na polu politycznym, ekonomicznym, militarnym, a nawet osobistym, wszyscy, absolutnie wszyscy jego poprzednicy leżeli w bogatych, kamiennych sarkofagach w równie dostojnych, co bezwolnych pozach. Nic już nie mogli, niezależnie od tego, jak się wcześniej starali. W mniej bogatych i mniej kamiennych miejscach leżeli też wszyscy przodkowie poddanych owych królów przeszłości. Nie pozostał ani jeden, niezależnie od tego, czy żyło mu się dobrze, czy nie. Ta myśl niepokoiła Króla co jakiś czas. Obawiał się, że i jego czeka los podobnie nieciekawy. Nie interesowało go szczególnie miejsce swego ostatniego spoczynku, gdyż słusznie rozumował, że niewiele będzie wówczas widział. Nurtowało go za to, jaki cel winien przyświecać mu, póki mógł sam wybierać miejsca i pory spoczynku. Rozumował, że jeśli śmierć czeka na niego niezależnie od dokonanych wspaniałości lub podłości, to czy naprawdę warto się wysilać. I nawet zakładając, że warto, to dlaczego. I jak.
W młodości mówiono mu, że życie jakie zna nie jest jedynym, że po śmierci czeka go odmiana, coś nieporównanie lepszego. Lub gorszego, zależnie od przebiegu obecnego życia. Gdy dorósł, zauważył, że nieodmiennie przypominali mu o tym ludzie, którzy mieli powody oczekiwać poprawy swojego losu i nie mieli powodów oczekiwać, by taka odmiana miała miejsce za ich życia. Nie uwierzył im, choć czasem miewał taką ochotę. Rozumiał, że brak nadziei na odmianę nie może trwać wiecznie, że prowadzi do depresji jedynie, a do tego nie każdy chce doprowadzić. On nie szukał jednak żadnej poprawy, nie bardzo miał dokąd równać w górę. Pragnął jedynie odkryć sens i cel swoich działań. Lub odkryć, że takowy nie istnieje i móc z czystym sercem pomaszerować boso w stronę zachodzącego słońca.
Nie znajdował tego sensu. Nie zdecydował także o jego nieistnieniu, dlatego wciąż co rano wkładał koronę i siłował się z berłem. Ale w środku, tam gdzie żadne słowa nie wystarczają by opisać to, co się dzieje, tam coś go nieustannie dusiło. Szamotał się widząc, że każda rzecz, którą robił, w końcu obracała się wniwecz, w proch. Nie był do tego przyzwyczajony, przed królem nie przystoi przecież okazywać takiego nieposłuszeństwa. Cicha rozpacz i poczucie beznadziei towarzyszyło mu przy każdym dekrecie, każdej egzekucji i ułaskawieniu. Skoro już król nic nie może, to któż może? A może wcale nie chodzi o to, żeby coś trwale ustanowić, ale żeby żyć tak, jak się samemu uważa za słuszne i wartościowe? W tym także nie widział większego sensu, za to wydawało się, że jest to jednak nieco przyjemniejszy sposób spędzenia czasu. Bardziej satysfakcjonujący. Nigdy nie żałował, że nie został pilotem.
Błazen siedział tylko w kącie i podzwaniał znienawidzonymi dzwoneczkami nieświadom zmagań władcy. A może tylko nie chciał wiedzieć? Błazen nie może sobie pozwalać na tak ponure myśli.

różności

Nieźle mi idzie, jeden post rocznie, może nawet nie zamkną tego bloga…?

Coraz częściej dociera do mnie, że się starzeję. Nie żeby robiło mi to jakąś wielką różnicę, w końcu to nieuniknione, a ja średnio przejmuję się opiniami innych, ale zaczynam to przyznawać sam przed sobą – a samego siebie olać przecież nie wypada. Zawsze wydawało mi się, że jestem na bieżąco z wszelkimi internetowymi wynalazkami, że to nie one mnie są do czegoś potrzebne, ale że to ja mogę ewentualnie zrobić łaskę i skorzystać z jednego czy drugiego portalu, czy usługi. Otóż nie, te czasy minęły, teraz to ja, jeśli chcę być na czasie, muszę istnieć na facebooku, naszej klasie, czy innym gronie. W dodatku powinienem wykazać się zdolnościami proroczymi, żeby jednak nie ładować się w portale bez przyszłości, bo trzeba będzie się przenosić i połowa zabawy od początku. O ile kontakty z ludźmi czysto „internetowymi” (tzn. takimi, których w realu i tak nie spotkam) są w takiej formie absolutnie zrozumiałe i słuszne, o tyle przekładanie tego na znajomości i przyjaźni z codziennego życia – już nie. Tak, mam konto na FB i nie, nie korzystam z niego prawie. Poza chwilami, kiedy powiadamiacz mailowy zaczyna mnie wkurzać wysyłając po raz n-ty taką samą wiadomość, że oto mam ileś tam powiadomień, zaproszeń itd. Ale wchodzę tam, zaglądam na profile znajomych i nie poznaję. Niby nazwiska i zdjęcia się zgadzają, ale jakoś tak inaczej. Rozmowy inne niż w realu, zachowania jakby też, czuję się obco. Zaczynam się czuć wyobcowany tylko dlatego, że w tym nie uczestniczę. Nie mam czasu;) Ale tak chyba nie powinno być? Nie wiem, starzeję się chyba. Poza tym… Tak, napewno się starzeję. Nie rozumiem po prostu po jakiego grzyba mam coś „lubić” lub nie, zamiast to powiedzieć zainteresowanej osobie, czym różni się „tablica” od bloga i dlaczego nie można tego samego powiedzieć osobom zainteresowanym. Po prostu nie obczajam mechanizmów i sensu za nimi stojącego, nie mam tego nikomu zazłe, ale.. nie umiem sobie tego wytłumaczyć – dlaczego zwyczajne sposoby komunikacji są be i trzeba wymyślać coś innego. Co gorsza – nie widzę powodu zazwyczaj, żeby w ogóle chcieć to wszystko zrozumieć. Dlatego się chyba starzeję. Bo to samo kiedyś mówiono o internetowych forach, jak jeszcze trwał „złoty wiek” takiego sposobu wymiany myśli, który mi bardzo pasuje. Boję się tylko myśleć, co moje dzieci (póki co na razie znajdujące się w sferze planów;) ) zastaną w internecie. W ogóle jakoś trudno mi sobie wyobrazić dzieciństwo z komputerem – takie najwscześniejsze dzeiciństwo. Ja niby dość wcześnie zacząłem zabawę z komputerem, w wieku 12 lat, ale wtedy już jakieś minimum odruchów i pojęcia o świecie miałem i dowiadywałem się tego w tradycyjny sposób – od rodziny. Może nie jest to najsprawniejszy i najbardziej obiektywny sposób, ale na pewno bezpieczniejszy niż poszukiwania na własną (czy aby na pewno własną?) rękę. W perspektywie zostania kiedyś ojcem zaczyna mnie nurtować ten problem – jak nie stając się tyranem mądrze wykorzystać internet i w ogóle współczesną technikę, żeby nie wypaczyć psychiki dziecka, nie wychować osoby uzależnionej od mechanicznych protez. Bo internet, komputer, komórka – to przecież protezy. Trudno dziś bez nich żyć, to prawda, ale nie można przecież polegać tylko na nich. My mamy jeszcze ten komfort psychiczny, że kiedyś tego wszystkiego nie było i jakoś żyliśmy – jak chciałem z kumplem wyjść na podwórko, to dzwoniłem do niego domofonem (wcześniej drałowałem na piechotę), a nie ustawialiśmy się na FB, jak planowałem wycieczkę, to brałem papierową mapę i liczyłem kilometry, a nie wbijałem adresy w Google Maps (OK, to drugie to jak już miałem trochę więcej lat niż te 12). Ja to umiem, dla mnie internet to przede wszystkim komunikacja i baza wiedzy, nie jest sposobem na życie. Jestem ciekaw ile z dzisiejszych 12-to latkow odłączonych od sieci potrafi żyć normalnie, bez stresu że nie może czegoś sprawdzić. I jestem ciekaw jak bardzo będzie mnie moje dziecko nie lubić, kiedy będę probował nauczyć je żyć samodzielnie. Postęp wcale jednak nie prowadzi do społeczeństwa szczęśliwego. Raczej uzależnia to społeczeństwo od samego siebie. Ponoć to jest wyznacznik zaawansowania cywilizacyjnego – jak bardzo mogę robić swoje nie martwiąc się o to, czego potrzebuję, bo przecież wszystko inne zapewniają mi ludzie dookoła wzamian za moją pracę. Czasem mam wrażenie, że żyjemy w jakiejś ponurej powieści SF. I nie mogę powiedzieć, żeby spoglądał w przyszłość bez obaw i z wiarą w cokolwiek poza własnym rozumem. Z dawniejszych uniesień nad wizjami przyszłości pozostała mi tylko ciekawość – jak to będzie?

Back!


Ruszam się;)
Nie pisałem długo, to mało odkrywcze stwierdzenie, prawda? Ale uzasadnione. Jest bowiem taka Dama, która nieco ponad rok temu odpowiedziała „Tak!” na jedno zasadnicze pytanie i przyjęła pogięty kawałek metalu, żeby skrócić opowieści snute znajomym odnośnie tego, co się właściwie stało (poza tym to żelastwo znacznie lepiej wygląda na Jej palcu, niż gdziekolwiek indziej, więc była to poniekąd przysługa dla świata i jego globalnej estetyki). Więc od tego czasu wszsytkie koleżanki Damy owej wzdychały, ochały i achały na widok pogiętego żelastwa na palcu mej Lubej. A pół roku temu powiedziała znów „Tak!”, tym razem przy świadkach i całej masie ludzi i tak oto od pół roku jesteśmy szczęśliwymi małżonkami, do których zadziwiająco pasuje kawałek Wolnej Grupy Bukowina (Jest już za późno, nie jest za późno):

„Jeszcze zdążymy tanio wynająć małą mansardę
Z oknem na rzekę lub też na park,
Z łożem szerokim, piecem wysokim, ściennym zegarem.
Schodzić będziemy codziennie w świat.
Jest już A późno!
Nie jest za późno!
Jest już za późno!
Nie jest za późno!
Jeszcze zdążymy naszą miłością siebie zachwycić,
Siebie zachwycić i wszystko w krąg.
Wojna to będzie straszna,
bo czas nas będzie chciał zniszczyć,
Lecz nam się uda zachwycić go.”

Czas ma chyba rzeczywiście wobec nas jakieś niecne zamiary, bo wciąż się chowa, skubany, i nigdzie go nie ma. Dla mnie to niby norma, ale jakoś nie tak miało być..;) Przedślubny czas był masakrą – nie miałem pojęcia, że organizacja takiej imprezy jest tak skomplikowana i czasochłonna. A pomagało nam wielu znajomych, bez któych nie dalibyśmy rady…! No więc miałem nadzieję, że już „po ślubie” to będzie spokojniej, ale się srodze zawiodłem, bo mamy chyba jeszcze mniej czasu dla siebie niż wcześniej…;) Ale myślę, że będzie lepiej…;) Poza tym od pół roku mam nieprzerwane wakacje (nie licząc pracy, studiów, różnych drobnych obowiązków itp;) ) i wciąż nie mogę w to uwierzyć. Wszelkie moje wyobrażenia o małżeństwie poszły sobie daleko i dobrze zrobiły, bo w ogóle nie ma tu dla nich miejsca. Byliśmy w Szwecji i na Mazurach w ramach podróży – miało być odpoczynkowo, ale jakoś nie wyszło – musieliśmy się zmuszać nawzajem do odpoczywania;) Ale podróż niesamowita, polecam odwiedzić Szwecję:)
A poza tym? W zasadzie po staremu. Nie mam czasu;) Na fotki, pisanie, spacery… Ale co i rusz staram sie to zmieniać i walczyć z leniem w środku lub z poczuciem winy, ze znów czegoś nie zrobiłem. W zasadzie z obydwoma na raz. Bo nie chodzi o te fotki, tylko o to, żeby nie dać się zakuć w kierat. Kierat jest moze i wygodny, nie potrzeba myśleć, martwić się, wysilać ponad to, co absolutnie trzeba. I czasem daję się w to wkręcić, ale po miesiącu mam kaca i żal do świata i do siebie że głupie toto okrutnie. Tego też się pewnie trzeba nauczyć. Więc uczę się niemal jak przedszkolak coraz to nowych prawd objawionych – że trzeba po sobie posprzątać, że zakupy czasem można zrobić. No nie jest to wybitna nauka, ale od czegoś trzeba zacząć;) Powoli uczę się, że porządek nie jest aż tak groźny dla zdrowia. Opornie mi to idzie i trudno mi się przyzwyczaić do takiej myśli, ale pewnie zdążę w tym życiu jeszcze do tego przywyknąć. Na polubienie raczej nie liczę…;)
Nie obiecuję, że będę tu regularnie pisał, ale być może…:)

Do widzenia się z Szampaństwem:)